Pierwsza samotna wędrówka po górach


Schyłek lata. Złociste krajobrazy. Coraz chłodniejsze podmuchy wiatru. Puste szlaki.
Szum drzew i wysokich traw, błysk opadających kropel rosy. Tajemnicze rozmowy leśnych zwierząt, gonitwy ptaków wśród magicznej krainy paproci. Nieśmiałe promienie słońca przebijające się zza korony drzew, i błogość, której nie sposób wyrazić żadnymi słowami.


Pięć dni, dzienna trasa wyznaczona na około 30km. Decyzja o wyjeździe podjęta dość szybko, bo niespełna tydzień przed. Poszukiwania towarzysza podróży zakończone fiaskiem. Dylemat, czy odłożyć góry na kiedy indziej, czy spakować plecak i ruszyć samej?

Potrzeba oderwania się od codzienności i zawrotnego pędu życia zwycięża nad lękiem samotnej wędrówki. W godzinę czasu pakuję plecak – od butów i śpiwora, przez aparat, statyw, po jedzenie, termos i wodę. W świadomości bycia zdanej sama na siebie zabezpieczam się na każdą możliwość losu (no może nie każdą). Rezultatem mój plecak waży około 14 kilogramów. Wiem, że to za dużo, ale staram nie myśleć się o ciężarze leżącym obok.

Budzik dzwoni w czwartek o wpół do piątej rano. Jest ciemno i cicho. Miasto śpi. Wskakuję pod ciepły prysznic, jem śniadanie. Sprawdzam czy mam ze sobą najważniejsze rzeczy. Wszystko na miejscu. Zakładam więc plecak i zamykam za sobą drzwi do krakowskiego mieszkania. Po drodze na busa mającego zawieść mnie do miejsca startowego mojej podróży standardowo kupuję obwarzanka z sezamem na dobre rozpoczęcie dnia.

O godzinie ósmej rano jestem już pod osiemnastowiecznym kościołem w centrum Zawoi. Ruszam zielonym szlakiem w stronę Hali Śmietanowej. Słońce jest już wysoko nad horyzontem rzucając ostre poranne promienie na okoliczne łąki. Krople rosy osiadłe na trawach mienią się niczym szklane kule milimetrowych rozmiarów.


Dalej droga prowadzi przez lasy z wysokimi skarpami, na których królują kolorowe paprocie, wciąż owocujące jagody oraz inne ciekawe rośliny. Przebijające się światło rozproszone migoczącymi na wietrze liśćmi daje poświatę rozsypanego w powietrzu złotego pyłku, niczym z bajkowych opowieści. Co jakiś czas pojawiają się polany odsłaniające widok na pobliskie wzniesienia. Na rozdrożu przed Kiczorką (1298m.n.p.m.) skręcam na czerwony szlak im. kard. K. Wojtyły (Szlak Papieski). 





Na wysokości Broski (1236m.n.p.m.) rozpoczyna się obszar ochrony ścisłej, przyroda jest tutaj naprawdę wyjątkowa. Wśród szumu drzew można usłyszeć tak wiele. Wszystko dookoła żyje i mówi własnym leśnym językiem. Kieruję się w stronę Sokolicy, mijając trzy z niższych szczytów Pasma Babiogórskiego (Wyżni Syhlec, Niżni Syhlec i Syhlec). Dochodzę do parkingu samochodowego przy Krowiarkach (Przełęcz Lipnicka) , gdzie znajduje się punkt informacyjny, sklepik z pamiątkami, jak i artykułami spożywczymi. Możemy zakupić tu bilet wstępu do Babiogórskiego Parku Narodowego, uzupełnić zapasy wody, i ruszyć dalej. Szlak na Sokolicę jest miejscem mocno obleganym przez turystów, poruszając się nim przez niecałe 10 minut spotykam więcej osób niż na odcinku pierwszych dwunastu kilometrów. Czerwony szlak prowadzi sztucznie utworzonymi schodami  (których bardzo, ale to bardzo nie lubię) aż do Sokolicy (1367m.n.p.m.). Widok ze szczytu przynosi jednak ukojenie i motywację na dalszą trasę. 



Ruszam w stronę Kępy (1521m.n.p.m.), wysokie drzewa coraz szybciej zamieniają się w niziutkie, mocno zbite iglaki. Spotykam tu po drodze (poza turystami wracającymi z Babiej) ciekawskiego lisa, który o dziwo widząc mnie bardziej się przygląda niż myśli o ucieczce. Kiedy jestem jednak jakieś 2 metry od niego zmienia zdanie i znika wśród zieleni.



Im wyżej, tym piękniejszy mam widok na panoramę parku. Pogoda dopisuje, słońce pięknie oświetla okoliczne tereny. Punkt widokowy na Kępie wygląda jak malutki taras zaczepiony na jednej ze skał, jednak wiatr jest na nim tak silny, że rezygnuję z postoju i zmierzam dalej, na Wołowe Skałki. Chwilę przed dotarciem do Gówniaka (1617m.n.p.m.) zauważam skalistą polankę, z której rozpościera się niesamowicie piękny widok. To dla mnie idealne miejsce na odpoczynek i szybką regenerację. 




Zaraz niedaleko wchodzę na Wołowe Skałki (Gówniak, 1617) i mknę na Babią Górę. Samo podejście do królowej Beskidów jest dla mnie nieco zabawne, gdyż co chwila jestem pewna, że to już, a okazuje się, że po pokonaniu kamiennego podejścia na horyzoncie pojawia się kolejne wyglądające niemal identycznie. Pełna radości docieram w końcu do Diablaka (1725m.n.p.m.) zatrzymując się kawałeczek przed nim na chwilę zdjęć. 





Wieje tam niezmiernie mocno, więc rezygnuję z odpoczynku na szczycie i siadam na kamienistym zejściu, gdzie jest odrobinkę spokojniej (czerwony szlak do Przełęczy Brona). I tu zaczynają się dla mnie prawdziwe schody. Słońce coraz szybciej zmierza ku zachodowi, nadciągają ciemne chmury (jak to na Babiej bywa ze zmiennością pogody). Wstaję, zarzucam plecak, i zaczynam czuć, że coś jest nie tak. Ból w nodze dokuczający mi po drodze przerodził się w prawdziwy ból utrudniający poruszanie się. Mam jednak nadzieję, że zaraz go rozchodzę i spokojnie będę mogła kontynuować wędrówkę w stronę schroniska. Kieruję się więc na PTTK Markowe Szczawiny. Niestety ból zamiast ustępować tylko się powiększa, a zejście do schroniska ewidentnie staje się dla mnie problemem. Doświadczona mocą działania podświadomości wmawiam sobie, że to tylko przeciążenie i zaraz będzie lepiej. Schodzę jednak w tempie żółwia, aby nic więcej sobie nie uszkodzić. Schronisko wydaje się nagle być cholernie daleko, a czas zdaje się biec niczym miałby zrobić życiówkę. Wyłączam więc w umyśle funkcje odczuwania bólu i staram się dotrzeć do PTTK przed zmrokiem. Udaje mi się to dosłownie idealnie.



Zamykając drzwi schroniska, na zewnątrz jest już ciemno. Melduję się do pokoju, jem obiadokolację, 
i myślę, że mogę już umierać. Kiedy docieram do pokoju okazuje się, że jestem ostatnia, i zostaje mi górne łóżko piętrowe, gdzie nie ma drabinki. Normalnie, gdybym była rosłym facetem nie byłoby żadnego problemu, jednak moje 168cm wzrostu i smukłe ramionka nie wyglądały na idealne zestawienie do wdrapania się na dwumetrowe łóżko. Jak to zwykle śmieję się nieco z siebie, panowie współlokatorzy widząc moją pocieszną reakcje śmieją się razem ze mną, zapewniając, że będą kibicować przy moim ataku szczytowym łóżka! Zbieram swoje rzeczy i krokiem niczym inwalida zmierzam pod prysznice. W łazience jest co prawda półciemno (bo ktoś nie pomyślał, że oświetlenie powinno sięgać też prysznicy), ale ciepła woda w kranie jest jak spełnienie marzeń. Nauczona przez mamę obowiązku noszenia pełnej apteczki zażywam leki przeciwbólowe, przeciwzapalne, nogę smaruję maścią i idę spać. A raczej zmierzam do pokoju by stawić czoła ostatniemu już dzisiaj wyzwaniu. Chwilę zastanawiam się jak wejść na górę, szczególnie, że chłopak z parteru łóżka już śpi, więc z wysokości jego materaca już nie mam opcji wejścia. Podnoszę jednak nogę na wysokość jednej z belek, odbijam się, dłonie zaciskam na górnej ramie 
i ostatkiem sił podciągam się pod sam sufit pokoju. Sukces. Panowie z dołu gratulują i życzą dobrej nocy. Oddycham z ulgą, że nie narobiłam sobie wstydu. Odkrywam jednak, że każdy mój ruch na łóżku będzie słyszany przez resztę pokoju, głośność skrzypienia konstrukcji przebija nawet chrapanie. Przygotowuję się więc na ciężką noc, wciskam w uszy zatyczki, zawijam się w śpiwór i czekam co przyniesie kolejny dzień.


Budzę się około czwartej, ktoś z pokoju szykuje się na wschód słońca, ignoruję i kładę się spać dalej. Budzik dzwoni o 5:30, trasę miałam zaplanowaną sporą, stąd tak wczesna pora. Za oknem jednak mgła i okropna ulewa, więc pozwalam sobie na chwilę drzemki. Wracają poranni panowie z informacją, że na górze jest masakra, wszystko płynie. Średnio mi się to podoba. Zostaję w łóżku, aż mój sąsiad z dołu się podniesie, żebym mogła bezpiecznie zejść. Kiedy wstajemy pogoda wciąż jest taka sama. Idę się ubrać, spakować 
i zjeść śniadanie. Zahaczam też o pogaduszki z poznanymi dzień wcześniej w łazience Jolą i Madzią (mama z córą), które kończą dzisiaj swoją podróż i uciekają do domu. Sprawdzam stan nogi, obklejam się tape’ami. Najlepiej nie jest, rezygnuję z pierwotnego planu i postanawiam pójść kawałek żółtym szlakiem przez las, żeby na Fickowych Rozstajach zdecydować czy wracam do Krakowa, czy lecę dalej. Niestety już po kilometrze drogi czuję, że jest źle. I nie chodzi o to, że pada deszcz, jest ślisko i nie widać nic na odległość dalszą niż 2,5 metra, muszę postawić na zdrowie i wrócić. Od Fickowych kieruję się więc na Barani Groń 
i Mokry Kozub, a dalej na autobus w stronę Krakowa. Trasa przez deszczowy las okazuje się być strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o doznania estetyczne, wszechobecna mgła stwarza klimat tajemniczości, co kawałek pozwalając odkrywać mi nowe widoki. 







Co kilkadziesiąt metrów spotykam mniejsze i większe potoki lub strumienie. Woda pita prosto z nich smakuje doskonale. Około godziny 13/14 powoli przestaje padać deszcz, słońce lekko przejaśnia chmury. Wychodzę do miasteczka, wracam do cywilizacji. Udaje mi się jeszcze złapać stopa do przystanku autobusowego. I czuję, że mam mieszane uczucia co do tej przygody. Z jednej strony jest mi żal zostawiania gór, z drugiej jestem wdzięczna za te wspaniałe dwa dni, a z trzeciej wiem, że podjęta decyzja była jedyną racjonalną. Tak więc Beskidy, do zobaczenia!



Siedzę sobie teraz wygodnie na łóżku, i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że samotne wyjście w góry nie jest tak straszne jak może się wydawać. Brak kompana, z którym można by było porozmawiać 
o czymkolwiek skutkuje zagłębieniem się w swoje myśli, przemyślenie wszystkich niedokończonych spraw, zastanowienie się nad naszymi celami, postanowieniami, czy sensem życia. Bliskość natury pozwala na pozbycie się napięcia i stresów, chwilowe zapomnienie o bieżących sprawach i problemach, a czasem na odnalezienie właściwej drogi. Jeśli chodzi o ludzi, samotna dziewczyna z plecakiem wśród gór odbierana jest przez wędrujących dość pozytywnie. Nie spotkała mnie żadna chamska zaczepka, a wręcz przeciwnie, ludzie zatrzymywali się, żeby chwilę porozmawiać, czy chociażby życzyć dobrego dnia. W schronisku też nie czułam się osamotniona, miałam z kim porozmawiać, czy nawet zawrzeć nowe znajomości. Jedyną straszną dla mnie rzeczą było jedzenie w lesie samej. Kiedy zatrzymywałam się, aby zrobić przerwę jedzeniową miałam wrażenie, że jestem obserwowana przez setki oczu, których ja nie mogę dostrzec. Myślę, że jednak mimo wszystko była to wyłącznie moja wyobraźnia, bo żadne zwierzątko nie chciało porywać mojego jedzenia, a tym bardziej mnie. 


Uważam więc, że samotne wyjście w góry to dobry sposób na odreagowanie, odpoczynek od świata codziennego i rutyny, pozwalające przywrócić do życia ład i harmonię, a przede wszystkim dać spokój
i wyciszenie.

A Ty, masz jakiś sprawdzony sposób na oderwanie się od dnia codziennego i zebranie własnych myśli?

Ściskam, Emilka

Komentarze

Popularne posty