Listopad w Bieszczadach

A co gdybym powiedziała, że pojechałam na kilka jesiennych dni w góry, z człowiekiem, którego w życiu nie widziałam, którego poznałam w czeluściach internetu, i o którym prawie nic nie wiem?



Stwierdzono by, że jestem nieodpowiedzialna? Nierozsądna? Bez szacunku dla życia? To chyba jedne z pierwszych stwierdzeń jakie przychodzą na myśl "normalnemu" człowiekowi.

A może jest wręcz przeciwnie, może zamiast bezczelności wobec daru istnienia, jest miłość, ogromna miłość do życia i podążania własną ścieżką? Może chęć poznawania ludzi i świata jest tak mocna, że skłonna jestem zaryzykować i rzucić się na głęboką wodę, albo jak w tym przypadku - w las pełen zagadek?

Tak właśnie było, i jest. Kiedy opowiadam tę historię sprzed dokładnie tygodnia spotykam się z mieszanymi reakcjami. Czasem jest milczenie, zakłopotane spojrzenia, niedowierzanie. Chociaż może nie czasem, bo raczej częściej niż rzadziej, czyli "zwykle". Czasem tylko komuś w oczach pojawią się iskierki i ogrom ciekawości, w pozytywnym sensu stricte. I wcale mnie to nie dziwi. Mało jest osób, które skusiłyby się na takie podróżowanie, szczególnie będąc kobietą (wiem, stereotyp, ale jednak coś w tym jest), i to jeszcze z własnej woli.

Nie będę nikogo oszukiwać, uwielbiam przekraczać własne granice, wychodzić ze strefy komfortu, zbierać różnorodne doświadczenie. Wpisuje się to w mój charakter, osobowość, daje mi masę siły i chęci do życia, a przede wszystkim pozwala mi na najlepsze odkrywanie siebie samej (inni ludzie i otoczenie pozostawiam w domyśle). I nic na to nie poradzę, taki styl życia (przynajmniej na dzień obecny) obrałam, i jestem szczęśliwa. A to dość ważne w życiu.



Końcem sierpnia szukałam towarzysza podróży na wyjazd w Beskidy. Jako, że wśród moich znajomych nie znalazł się żaden chętny (znaczy, chętni byli, ale każdemu coś w ostateczności nie pasowało) zaryzykowałam z wrzuceniem posta na różne grupy podróżnicze. Podczas moich wyjazdów czy wolontariatów, poznaję mnóstwo ludzi, i nie spotkałam jeszcze nikogo, kto chciałby mi jakoś zaszkodzić, a wręcz odwrotnie - wszyscy są mega pozytywnymi istotami, które wniosły w moje życie dużo radości i ciepła, stąd moje pozytywne nastawienie do obcych ludzi. I niech tak zostanie!

Wracając, wśród osób z feedbacku mojego ogłoszenia był też Patryk (nie wiem czy wyraża zgodę na umieszczenie go w tym tekście, więc w razie co wcale o nim nic nie czytaliście, i nie ma na imię Patryk!), który odpisał, że chętnie by się wybrał, ale nie pasuje mu termin, i czy może nie mam zamiaru go zmieniać. Z tego co pamiętam, byłam w stanie przesunąć wyjazd o 1-2 dni max, a on potrzebował minimum tygodnia, więc odpisałam mu standardową wiadomość, że może kolejnym razem. Rzucił coś jeszcze, że planuje jesienią wybrać się w Bieszczady, to może wtedy uda się pojechać razem. Pomyślałam sobie, że okej, pewnie i tak w życiu się nie spotkamy...

A tu nagle niespodzianka, jest październikowy dzień, nie pamiętam pory dnia, facebook wyrzuca mi nową wiadomość z zapytaniem, czy jestem zainteresowana wyjazdem w jakimś nie super odległym czasie, w Bieszczady, od Patryka. Troszkę byłam zaskoczona, ale, że w góry jesienią wybieram się z ogromną radością, odpisałam, że tak, jestem zainteresowana. Nie wiedziałam tylko czy będę miała więcej wolnego czasu niż zwykły weekend, więc będę czekać na informację z uczelni, czy pierwszy listopadowy weekend jest wolny ciągiem, czy nie. I jak sam Patryk przyznał, był wtedy pewien, że go zbywam, a ja po prostu czekałam na wiadomość. Chociaż w sumie jakoś szczególnie nie zależało mi na treści komunikatu, ja już wiedziałam, że rzucam wszystko i jadę w Bieszczady!

Co jakiś czas pisaliśmy na facebooku o życiu, o poglądach, kosmosie, filozofii i milionie innych spraw. Później już zostało tylko ustalenie dokładnych detali wyjazdu, noclegów, szlaków. I tak, pierwszego listopada, z plecakiem na plecach ruszyłam w stronę dworca głównego powitać przybysza z wielkopolski. Okazało się, że żadne z nas (o dziwo!) nie jest panem Kazimierzem lat 54  (przepraszam wszystkich porządnych Kazimierzów w tym momencie, to tylko takie przykładowe imię) podszywającym się pod niewinnych ludzi, więc możemy ruszać w podróż. Skoczyliśmy na poranną kawkę (nie, nie piłam kawy, jadłam lody) w oczekiwaniu na nasz jedyny kursujący tego dnia autobus do Sanoka. Spojrzeliśmy na tablicę odjazdów, poszliśmy w wyznaczone miejsce (ze 20 minut przed czasem, w moim przypadku to ewenement), czekamy, czekamy. W końcu podjeżdża bus, ale coś tabliczka na nim nam się nie zgadza, pytamy kierowcę czy to na pewno nasz przejazd, pan twierdzi, że nie, że "do Sanoka, to z góry jeżdżą" (dwupoziomowy dworzec w Krakowie). Patrzymy na zegarek, 3 minuty do odjazdu naszego przewoźnika. No to biegniemy, sami nie wiedząc gdzie dokładnie. Na ostatnią chwilę dobiegamy do autobusu, kierowca patrzy na nas z politowaniem i wpuszcza na pokład. 99% miejsc w autobusie jest oczywiście zajętych, zostają jakieś dwa na samym tyle. Śmiejemy się, że chociaż nie na kole, bo obydwoje mamy chorobę lokomocyjną. Patryk poważnym tonem rzuca mi pytanie, czy mam przy sobie jakieś woreczki w razie wymiotów, ludzie siedzący w najbliższej odległości nie wyczuwają żartu i spoglądają niechętnie. I już wiem, że się dogadamy!

Jedziemy, jedziemy i jedziemy. Zawsze miałam świadomość, że Bieszczady są daleko, ale nigdy bym nie przypuszczała, że są aż tak daleko. Co więcej trasa jeszcze bardziej rozciąga się w czasie, wszyscy jadą na cmentarze, do rodzin. Korek za korkiem. Patrzymy na czas, i zaczynamy się martwić. W Sanoku mamy zaplanowaną przesiadkę na busa jadącego do Wetliny (ostatniego). Niby podróż była zaplanowana z czasem zapasowym, ale on też powoli się kończy. Próbuję więc z jednego autobusu dodzwonić się do kierowcy drugiego, z prośbą o zaczekanie kilku minut. Jednak dodzwaniam się jedynie do infolinii rozkładu podróży, gdzie pani nie jest w stanie mi pomóc, kaszana.

Wysiadamy w Sanoku bez konkretnego planu działania. Ludzie pewnie denerwują się w takich sytuacjach, ale my jesteśmy spokojni, jakbyśmy spodziewali się tego od samego początku. Okazuje się, że nie tylko ja mam takie super szczęście w docieraniu do moich destynacji, i mamy dzisiaj podwójnego, zupełnie normalnego i oczywistego, pecha. Zostają nam dwie opcje - śpimy w Sanoku i próbujemy wydostać się z miasta kolejnego dnia, albo próbujemy złapać stopa (jest już jakaś 17:30, półmrok). Nie tracąc czasu wychodzimy na wylotówkę i próbujemy dojechać, gdziekolwiek przed siebie. Zabiera nas Paweł (choć Patryk twierdzi, że Rafał) obiecując podrzucić do Ustrzyk Dolnych. Po drodze opowiada o okolicy (bo mieszka tutaj od zawsze), raczy nas także historiami o kłusownictwie i niedźwiedziach, tych spokojnych, pokojowo nastawionych, ale też o tych, co zabijają ludzi. Miło.

W Ustrzykach jesteśmy późnym wieczorem, nie ma szans na dalszą podróż, więc szukamy noclegu. O to nietrudno, przy głównej drodze co drugi dom wystawia na płocie ofertę. I tak trafiamy do (chciałam tu wpisać nazwę, ale jej nie pamiętam, a mapy nie wskazują na istnienie tego miejsca). Trochę mnie to teraz bawi, bo chciałam napisać, żebyście przez przypadek nigdy tam nie nocowali, ale trudno, miałam dobre chęci... Pokój na pierwszy rzut oka jest okej, dopiero później okazuje się, że w łazience mamy inwazję zmutowanych biedronek, i różne takie atrakcje.



Rankiem ruszamy na dworzec (są tory, ale pociągi nie kursują), by wsiąść do autobusu PKS Jarosław, który przez godzinę podróży wytrzęsie nas we wszystkie strony. Lekko nieprzytomni z pomocą google maps trafiamy do naszego górskiego domku podróżnika, zostawiamy co ciężkie i pędzimy w góry!

Jest jakoś po 10 rano. Nie mamy za wiele czasu, bo zachód Słońca przewidziany jest na kilka minut po 16, do tego jest spore zachmurzenie, więc musimy się spieszyć. Ruszamy czerwonym szlakiem na południowy wschód (coraz lepiej radzę sobie w rozpoznawaniu kierunków świata, sukces!), wchodzimy do dość gęstego lasu i zaczynamy łagodne podejście . Pod naszymi stopami nieustannie słychać szelest wyschniętych liści i łamiących się gałązek. Jest przyjemnie ciepło, wszystko dookoła mieni się paletą pomarańczy, brązów i zieleni. Kończy się las, wychodzimy na otwartą przestrzeń. I zaczynam być w raju. Wiatr wieje niemiłosiernie przeszywając moje ciało chłodem, wyrywając włosy spod ułożonego kucyka. Nie pozwala iść prosto przed siebie, zaburza pion mojego kroku, zmusza oczy do ronienia łez. Łez szczęścia, bo jestem w tak cudownym miejscu, pełnym natury nieskalanej przez człowieka. Wysokie trawy wyginają się we wszystkie możliwe strony przypominając fale, tak dzikie i wolne w swoim istnieniu. Chmury na niebie owiane są szarością i bielą, kontrastując z fioletami, zielenią i złotem niżej położonych lasów. Jesteśmy w pasie Szerokiego Wierchu, dla mnie najbardziej urokliwym odcinku Bieszczad. Kierujemy się dalej na Tarnicę (1346), najwyższy szczyt po polskiej stronie. Kiedy jesteśmy już niedaleko, z daleka widać spory ruch, krzyżują się tutaj dwa szlaki, a w dolince na rozdrożu można chwilę odpocząć spoczywając na ławkach. Samo podejście na Tarnicę jest dość łatwe, widać zastosowane udogodnienia turystyczne, zajmuje to nam niecałe 15 minut. Na szczycie postawiony jest stalowy krzyż upamiętniający pobyt Jana Pawła II (wtedy ks. Karola Wojtyły) w tym regionie.

Po zejściu kierujemy się niebieskim szlakiem na Wołosate, a dalej do Ustrzyk Górnych. Część prowadząca przez las jest całkiem przyjemna, jedną z atrakcji (która towarzyszyć nam będzie do końca pobytu w górach) jest ciągłe zgadywanie co znajduje się pod naszymi stopami, ponieważ ilość liści jest ogromna i nie wiemy czy każdy kolejny krok nie spowoduje naszego lądowania kilka metrów niżej (głównie przy zejściach). Niestety, kolejne 6km szlaku prowadzi asfaltową drogą, która ciągnie się bez końca, a przejeżdżające samochody zakłócają podziwianie okolic. Pod koniec tej trasy zauważamy jeszcze ciekawy znak drogowy ostrzegający o możliwości bliskiego spotkania się z niedźwiedziem, choć my jeszcze żadnego nie widzieliśmy.




widok na Tarnicę








Drugiego (w zasadzie trzeciego) dnia ruszamy na północny zachód, z pierwszym celem - Połoniny Caryńskiej. Wybieramy podejście czerwonym szlakiem, w trakcie którego stwierdzam, że jeśli ktoś jeszcze raz powie przy mnie, że Bieszczady nie są wymagającymi górami, spotka się (ładnie mówiąc) z moją ogromną krytyką tego stwierdzenia. Może to tylko kwestia dnia, bo było bardzo ciepło, słońce atakowało swoimi promieniami przez gęstwiny drzew, a pod nogami były tylko ślizgające się liście, co krok mówiące mi, że tutaj własnie umrę, więc wszystko to złożyło się na moje psychiczne trudy wędrówki. Mimo wszystko było pięknie, prawdziwa polska jesień w najbogatszym wydaniu. Po ponad dwóch godzinach morderczego wysiłku dopięliśmy swego - wyszliśmy na połoninę, która odsłoniła przed nami inny świat. Każdy krok tutaj był już czystą przyjemnością. Przeszliśmy 3/4 długości połoniny i skręciliśmy na zielony szlak w stronę Przełęczy Wyżniańskiej, dalej przez Wierch Wyżniański do bacówki PTTK, gdzie napełniliśmy brzuszki ciepłymi obiadkami (a w tych górach to nieczęsta możliwość, przy szlakach występują bardzo nieliczne schroniska, więc trzeba pamiętać o zabieraniu zapasu jedzonka i wody). Kolejno zaczęliśmy podejście na Małą Rawkę (1272), gdzie nie dość, że szliśmy po liściach, to jeszcze były one mokre, istna walka o życie! Dobrze, że co jakiś czas pojawiały się drewniane barierki pozwalające na ewentualne wsparcie wędrówki. Na rozdrożu pod Małą Rawką trafiliśmy na niezwykły spektakl światła zachodzącego słońca, który przypomniał nam, że powinniśmy przyspieszyć kroku. W drodze na Wielką Rawkę (1304, szlak żółty) minęliśmy pasmo błotnych kałuży i punkt widokowy z wysokim kamiennym obeliskiem. Dalej ruszyliśmy w dół, lasem, po liściach, aż do parkingu w Ustrzykach Górnych. Po drodze do chaty udało nam się jeszcze spotkać z przelotnym deszczykiem i zamkniętym (jedynym) sklepem. Uroki!








Ostatniego dnia nie do końca wiedzieliśmy co robimy. Musieliśmy się spakować i do 11 zabrać swoje rzeczy, oraz być na miejscu (w Ustrzykach) po 17, kiedy odjeżdżał nasz autobus (dobrze myślicie, ostatni kursujący). Nie chcąc powtarzać żadnej z tras postanowiliśmy ruszyć w stronę Bereżek wzdłuż rzeki Wołosaty, by tam wejść na szlak, którym jeszcze nie szliśmy. Droga okazała się być straszliwie dłużąca, bo ile można iść dookoła góry asfaltową ulicą. Jak się okazało, 6,5km, z jedną przerwą zawahania. Z Bereżek szczęśliwi porzucenia poprzedniej trasy weszliśmy (po lekkich komplikacjach i niezauważeniu oznakowania, albo raczej jego braku, który przecież w niczym nam nie przeszkadzał) na szlak do Przysłupa Caryńskiego i dalej na Połoninę. Był to pierwszy jak dotąd szlak znacznie różniący się od pozostałych. Po drodze prawie nie spotykaliśmy innych ludzi, przez większość trasy brodziliśmy w błocie lub próbowaliśmy się nie zabić przez całkowity brak możliwości złapania równowagi, ale było przynajmniej ciekawie! Na Połoninie wylądowaliśmy (albo wdrapaliśmy się, ja zdecydowanie to drugie) już dość późno, bo było z pewnością po 15, słoneczko powoli zaczynało chować się za pobliskimi wierzchołkami gór, a przed nami czekało jeszcze kilkukilometrowe zejście do miasteczka. Schodziliśmy czerwonym szlakiem, którym poprzedniego dnia wchodziliśmy pod górę (na którym strasznie umierałam, tak, to ten wyżej opisany), na nowo odkrywając tę trasę (faktycznie, przy schodzeniu wyglądała zupełnie inaczej). 








Ze szlaku zeszliśmy idealnie na czas, wychodząc na parking było już całkiem ciemno, a ja po opowieściach Pawła nie miałam najmniejszej ochoty na przebywanie w parku nocą. Udaliśmy się więc na przystanek chcąc doczekać godziny odjazdu, po drodze rozmawiając chwilę z okolicznym panem żulem, i wsłuchując się w głośne bicie kościelnego dzwonu. O godzinie 17:55 nadjechała nasza limuzyna PKS Jarosław, która zabrała nas do Sanoka (na szczęście nie trzęsło tak mocno jak pierwszym razem). Mieliśmy jeszcze trochę czasu na autobus do Krakowa, więc szybcikiem wygooglowaliśmy najbliższą żabkę, z nadzieją zjedzenia ciepłego jedzonka. Dotarliśmy do niej dziwnymi skrótami pomiędzy osiedlowymi domkami, i stało się - żabka cafe! Niesamowita radość ogarnia człowieka w takich momentach! Z ciepłymi hotdorzkami ruszyliśmy z powrotem na stację, gdzie sprawy nieco się pokomplikowały. 

Okazało się, że jednak to nie ja mam największego pecha z naszej dwójki - Patryk kupił bilet na dobry autobus, ale na zły dzień. Zamiast na niedzielę, to na poniedziałek... Kierowca nie chciał go wpuścić twierdząc, że ma komplet miejsc, i nie może złamać regulaminu. Trochę nie wiedzieliśmy co zrobić, bo było już w okolicach 21, a wydostać się z małego miasta nocą w niedzielę wcale nie jest łatwo. Szybko zaczęliśmy więc sprawdzać inne połączenia, do innych miast, blabla cary, ale nie było nic z efektem "łał", ani z efektem "przyzwoicie", po prostu nie było nic, co miałoby jakiś sens. Na szczęście okazało się, że ktoś nie przyszedł na odprawę i jest miejsce do Rzeszowa (po drodze do Krakowa). Później okazało się, że pan kierowca jest jednak litościwym człowiekiem i skontaktował się z obsługą klienta, która przeniosła jego bilet na dzień wcześniej, a w Rzeszowie miejsce nadal było wolne. I tak poniedziałkową nocą dojechaliśmy do Krakowa, gdzie zakończyła się nasza wspólna podróż.

Z nowym doświadczeniem, nową wiedzą, nowymi obrazami i myślami w głowie, z nową chęcią do życia, czekam na kolejną podróż! Dokąd tym razem? 

Komentarze

Popularne posty